To ostatni moment, żeby przestawić kredytową zwrotnicę

1118

Subiektywnie o finansach: Maciej Samcik, “Gazeta Wyborcza”

O ile szybciej rozwijałaby się polska gospodarka, o ile mniejsze byłoby oficjalne bezrobocie, o ile większe wpływy podatkowe, gdyby polskie małe firmy i mikroprzedsiębiorcy mieli łatwiejszy dostęp do pieniędzy?

A przede wszystkim – ile pomysłów na przełomowe biznesy, które mogłyby stać się symbolem Polski ba świecie, nie wylądowałoby w koszu z powodu braku pieniędzy?

Nie znalazłem żadnego raportu analitycznego, który zawierałby odpowiedź na te pytania, ale może to i lepiej, bo jestem przekonany, że byłaby to odpowiedź wpędzająca w depresję. Patrząc na strukturę portfeli kredytowych polskich banków, w których dwie trzecie to pożyczki dla gospodarstw domowych, a ledwie jedna trzecia to finansowanie firm, trudno nie podejrzewać, że coś tu nie gra. W Polsce relacja kredytów indywidualnych (550 mld zł) do firmowych 170 mld zł) jest jedną z najmniej korzystnych – z punktu wodzenia firm – w Europie.

Prezes NBP Marek Belka systematycznie ma do sektora bankowego pretensje, że ten woli finansować ludziom lodówki i wakacje zagraniczne niż innowacyjne pomysły, które dają nowe miejsca pracy. Nie trzeba nikogo przekonywać, że tak, jak inwestowanie pieniędzy w akcje i obligacje firm daje gospodarce więcej, niż trzymanie ich w banku, tak pożyczenie pieniędzy firmie, która dzięki temu może zwielokrotnić produkcję i zatrudnienie, jest bardziej efektywne, niż sfinansowanie Kowalskiemu nowego telewizora.

Oczywiście, można bezradnie wzruszyć ramionami i powiedzieć, że nic tu nie da się zrobić. Patrząc na oficjalne liczby łatwo zresztą dojść do mylnego wniosku, że drobni przedsiębiorcy finansowania z banku po prostu nie potrzebują. Popyt właścicieli firm na kredyty od lat jest taki sobie. A sądząc po spadających depozytach tej grupy klientów banków przedsiębiorcy wolą trzymać się z daleka od banków i inwestycje finansują w pierwszym rzędzie z własnych pieniędzy. Jeśli bliżej przyjrzeć się temu zjawisku, okaże się, że po pierwsze rachunki zaburzają duże firmy, które stać na powstrzymywanie się od zasysania pieniędzy z zewnątrz, zaś po drugie – słaby popyt właścicieli małych firm na kredyty wynika z restrykcyjnej  polityki banków. Gorzej od drobnych przedsiębiorców są traktowani chyba tylko młodzi pracownicy na umowach cywilno-prawnych, którzy – nie wiedzieć czemu – w większości instytucji finansowych są traktowani jak klienci drugiej kategorii (tak, jak gdyby ci na etacie mieli bardziej stabilne dochody)..

Dlaczego banki nie mają ochoty finansować małych firm? Konkurencja między bankami nie jest jeszcze, wbrew pozorom, aż tak zacięta, żeby zmusić je do walki o względy tak “kłopotliwych” klientów. Finansowanie mikroprzedsiębiorstw to twardy kawałek chleba. Procesu kredytowego nie da się zautomatyzować, co oznacza, że koszt udzielenia jednego kredytu (weryfikacja dokumentów, czas pracowników przeznaczony na analizę wniosków, przygotowanie umowy) jest cztery-pięć razy wyższy, niż przy kredycie konsumenckim. A ryzyko banku jest znacznie trudniejsze do wycenienia (choćby dlatego, że prawie połowa tego typu firm pada w pierwszym roku po starcie).

Banki, póki mogą, wolą taśmowo udzielać małych kredytów gotówkowych klientom indywidualnym – na pralki, lodówki i telewizory. To biznes nieskomplikowany, a przy tym dochodowy. Ostatnio sprawdzałem jak zmienia się rentowność kredytów gotówkowych na przestrzeni ostatnich kilku lat. W 2010 r. marża na przeciętnym kredycie gotówkowym wynosiła 4%, a teraz zbliża się do 10%. Dla porównania: efektywna marża kredytu dla małej firmy – według statystyk NBP – nie przekracza dziś 2% (to wartość już po potrąceniu wszystkich kosztów, m.in. pozyskania kapitału z depozytów oraz strat na nie spłaconych kredytach). Gdybym był menedżerem bankowym, to też nie zastanawiałbym się ani chwili, tylko pchałbym się na rynek pożyczek gotówkowych, na którym mogę zarobić pięć razy tyle.

Generalnie jestem przeciwny w nadmierne ingerowanie w procesy gospodarcze. Ale w tym przypadku na miejscu regulatora (Komisji Nadzoru Finansowego), Narodowego Banku Polskiego oraz przedstawicieli rządu pomyślałbym o jakichś poważniejszych stymulatorach dla banków, by chciało im się przestawić zwrotnicę w kierunku finansowania małych firm. Przykład Idea Banku, który jest jednym z nielicznych (drugim jest Biz Bank) kierujących swoje usługi głównie do mikroprzedsiębiorców pokazuje, że na finansowaniu małych firm da się zarobić. Idea Bank pożycza pieniądze bardzo drogo, ale pożycza, dając przedsiębiorcom przynajmniej szansę na zweryfikowanie ich umiejętności i szans na rynku.

Dobrym pomysłem jest trwający od 2013 r. program gwarancji de minimis, działający pod egidą Banku Gospodarstwa Krajowego. W ciągu roku skorzystało z niego 60 tys. firm, uzyskując poręczenia BGK, dzięki którym banki chętniej pożyczyły im pieniądze. Tyle, że program BGK–owskich gwarancji de minimis skończy się za rok. A na nowy rząd nie da pieniędzy. Bankowcy chcą, żeby powstał cały system gwarancji, którego centrum byłyby lokalne fundusze poręczeniowe (działa ich w Polsce kilkadziesiąt) – oraz instytucja państwowa, która dokładałaby do systemu dodatkowy bezpiecznik – regwarancję. Taką, jaką jest reasekurator dla firmy ubezpieczeniowej.

Bankowcy oczywiście grają na swoim boisku – najchętniej chcieliby udzielać tylko takich kredytów, w których ktoś inny brałby na siebie ryzyko, a oni tylko kasowaliby prowizje i odsetki. Jednak coś w tym ich pomyśle jest – bankom można dać albo marchewkę, żeby “chciało im się chcieć”, albo zmusić ich administracyjnie do zmiany polityki kredytowej (np. limity, ustawy, rekomendacje nadzorcze). W tę drugą metodę nie wierzę – w najgorszym razie przyniesie potężne, negatywne skutki uboczne lub w ogóle nie zadziała.

Najgorsze jest to, że przedstawiciele władz państwowych robią wrażenie, że ten problem kompletnie ich nie obchodzi. Być może rzeczywiście są pilniejsze potrzeby – pieniądze dla górników, program wspomagania rodzin wielodzietnych, dozbrojenie polskiej armii. Ale na dłuższą metę nie stać nas na marnowanie dobrych pomysłów naszych własnych obywateli z tak błahego powodu, jak brak pieniędzy. Nie zbudujemy w ten sposób innowacyjnej gospodarki, a już za 10 lat skończą się pieniądze z Unii Europejskiej i odłączona od respiratora inwestycji unijnych gospodarka będzie skazana wyłącznie na aktywność polskich przedsiębiorców.

Poprzedni artykułWsparcie Banku Gospodarstwa Krajowego dla sektora MSP
Następny artykułPrzedawnienie długu nie powoduje jego wygaśnięcia
Dziennikarz ekonomiczny „Gazety Wyborczej”. Specjalizuje się w tematyce finansowej. Pisze o giełdzie, ubezpieczeniach, funduszach emerytalnych i inwestycyjnych, bankach i finansach osobistych. Od wiosny 2009 r. prowadzi blog poświęcony finansom konsumenckim „Subiektywnie o finansach”. W 2010 r. wydał książkę „Przewodnik po domowych finansach”. Laureat prestiżowych nagród dziennikarskich. W 2005 r. za cykl tekstów poświęconych nieprawidłowościom w Spółdzielczych Kasach Oszczędnościowo-Kredytowych otrzymał nagrodę „Grand Press” w kategorii „dziennikarstwo specjalistyczne”, zaś w 2011 r. odebrał nagrodę im. Eugeniusza Kwiatkowskiego, przyznawaną przez Uniwersytet Ekonomiczny w Krakowie. W 2013 r. otrzymał nagrodę główną w konkursie dziennikarskim im. Władysława Grabskiego, organizowanym przez Narodowy Bank Polski. Rocznik 1975, pochodzi z Poznania. Z wykształcenia ekonomista, absolwent Akademii Ekonomicznej w Poznaniu. W „Gazecie Wyborczej” pracuje od 1997 r.. Wcześniej pracował przez kilka miesięcy jako dziennikarz ekonomiczny „Gazety Poznańskiej”. Poza finansami interesuje się fotografią, historią najnowszą Polski, gra w tenisa.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Wpisz komentarz
Wpisz imię